Cóż za ironia – życzymy sobie zdrowych świąt, a w ich trakcie pochłaniamy niezliczone ilości smażonych karpi, grochu z kapuchą i piętnaście tysięcy rodzajów ciast. Dodajmy do tego kanapę i telewizor. Rzeczywiście, samo zdrowie!
Tegoroczne święta trwały pięć dni. Wszystkie troskliwe babcie miały więc wyjątkowo więcej czasu by podtuczyć swoje wychudzone wnuczki. Od razu mówię – nie mam nic przeciwko świątecznym smakołykom, wręcz przeciwnie. Szczególnie, że jestem studentką i rzadko widzę w lodówce tyle jedzenia, że jest w niej właściwie ciemno. 
W wigilię Wigilii przymieramy głodem, bo w kuchni kręci się mama, powtarzając w kółko „Nie jedz tego, to na święta”, a w pierwsze, drugie, trzecie, szóste święto w popłochu opróżniamy lodówkę, żeby nic się nie zmarnowało. Pewnie nie ja jedna, gdy siedzę przy stole zastawionym tak, że ledwo widzę osobę po drugiej stronie, myślę o tym, ile basenów będę musiała przepłynąć po świętach. Gdy wychodzi mi szerokość Bałtyku, sięgam po kawałek makowca na pocieszenie.
Wczoraj wybrałam się z moim R. na Hobbita (i wy też musicie się wybrać!). A co to ma do jedzenia? Otóż, Manufakturze, w części jedzeniowej było tak dużo ludzi, że ledwo przecisnęliśmy się do przejścia prowadzącego do kina. Nie mogłam pozbierać szczęki z podłogi, gdy zobaczyłam kolejkę do McDonalda. Dzień po świętach, kolejki do fastfoodów ciągnęły się w nieskończoność. Czy tylko mnie to dziwi?
Zrobiło mi się zwyczajnie smutno, bo myślałam, że to ja jestem największą głodzillą na tej planecie. A tutaj, proszę. Gdy ja ledwo wciskam w siebie kanapkę po świątecznym obżarstwie, kilkadziesiąt osób wyczekuje swojego zamówienia w Macu. Pięknie.
No dobra, a teraz piszcie, jaka jest wasza ulubiona potrawa świąteczna!
CzekoAda na gorąco: