Jak każdy normalny człowiek, żyjący w dwudziestym pierwszym wieku, jestem uzależniona od telefonu komórkowego, nie staram się tego zwalczyć i nie próbuję udawać, że jest inaczej. Telefon towarzyszy mi dwadzieścia cztery godziny na dobę. Kiedy ładuję baterie w trakcie snu, on także ładuje swoją baterię i czuwa nad tym, żebym obudziła się o odpowiedniej porze. Zna mnie bardzo dobrze i wie, że jeden sygnał to za mało. Kiedy już uda mu się wybudzić mnie ze snu, informuje mnie o tym, jaka jest pogoda (jeszcze zanim zdążę sama wyjrzeć za okno) i czy na Facebooku wydarzyło się coś, co mogło zadecydować o losach wszechświata.
Przy porannej kawie przeglądamy razem zdjęcia na Instagramie, nadrabiamy fejsbukowe zaległości i zaglądamy do skrzynki pocztowej. Z powtarzaniem tych czynności spokojnie mogłabym poczekać do wieczora, odbębnić te rytuały po raz drugi i mieć to z głowy, ale nie: wystarczy, że wyjdę z domu i dojdę na przystanek. Fejsbukowo-instagramowe czynności powtarzają się. To samo czeka mnie, kiedy wsiądę do tramwaju/autobusu, nawet jeśli w ciągu tych trzech minut na portalach społecznościowych zdążyły się pojawić cztery wpisy. Na uczelnię docieram zwykle jakieś trzy minuty przed zajęciami, więc mam jeszcze mnóstwo czasu na to, żeby upewnić się, że w internetowym świecie nie pojawiło się nic niesamowicie ważnego.

Na, nazwijmy to, niespecjalnie wciągających zajęciach znowu zaglądam do telefonu, na przerwie zerkam na ekran. Jeśli wrócę z uczelni przed R., jedząc samotnie obiad, czytam zaległe wpisy na blogach. Zmywając naczynia, nadrabiam jutubowe zaległości. Na spacerach cykam dziesiątki zdjęć, wracając z Biedronki dzwonię do mamy, stojąc na światłach wysyłam smsy (nie jestem samochodem, jestem człowiekiem). Wieczorem mój telefon jest tak wykończony, że muszę się nad nim zlitować i podłączyć go do ładowarki, aby miał siłę przetrwać ze mną kolejny dzień. Ostatkiem sił przypomina mi, że powinnam wziąć tabletkę.

Bez telefonu

Pewnego letniego wieczoru, dokładniej jakieś pięć dni temu, poszłam na spacer. Niby nic specjalnego, a jednak. Na tymże spacerze okazało się, że nie mam ze sobą telefonu. Olabogarety, jak to?! Nagle zawalił się świat, trafił we mnie meteoryt i moje marne życie się skończyło? Otóż nie. Nie stało się zupełnie nic. Zorientowałam się po prostu, że tego dnia zmieniałam torebkę i najzwyczajniej świecie, telefon został w tej większej. Przez jakieś dwie godziny nie miałam ze sobą komórki i… przetrwałam! Nie obyło się bez panicznej reakcji przy sięgnięciu do kieszonki torby, ale przeżyłam. Nie działo się nic specjalnego. Wróciłam do domu. Nikt nie dzwonił (to smutne), na portalach społecznościowych nie wydarzyło się nic, co mogłoby radykalnie zmienić moje życie. Po prostu, nie było żadnej różnicy między spacerem z telefonem a spacerem bez niego. No, może tyle, że na tym drugim miałam więcej czasu na zachwycanie się piękną okolicą i na rozmowę z moim R. No, trudno.
Piętnasty lipca to Dzień bez telefonu komórkowego. Jak to się stało, że dwie godziny spędzone bez telefonu traktuję jako coś niezwykłego, a doba bez smartfona to już święto? Oczywiście, zestaw telefon + laptop stanowi moje mobilne centrum dowodzenia, ale chyba nie powinnam traktować go jako jedną z moich kończyn, prawda?
CzekoAda na gorąco: