Powód, dla którego zaczęłam oszczędzać na zakupach spożywczych, jest dość oczywisty i właściwie mogłabym zawrzeć go w dwóch słowach: Jestem studentką. Trzy lata temu wyprowadziłam się z rodzinnego miasta i nie jestem „słoikiem”. Na co dzień sama planuję i robię zakupy (no dobra, zwykle towarzyszy mi mój R.), ale z racji tego, że oprócz pobierania stypendium i przelewów za pojedyncze zlecenia jestem na utrzymaniu rodziców, gdy tylko mam okazję, staram się oszczędzać na codziennych, nieuniknionych wydatkach.

JAK OSZCZĘDZAĆ NA ZAKUPACH SPOŻYWCZYCH?

Na początku wspomnę, że to, że potrafię oszczędzać na artykułach spożywczych, wcale nie oznacza, że jem „śmieciowe żarcie”. Wręcz przeciwnie. To, że istnieje zdrowe, tanie jedzenie, bardzo fajnie pokazała Ania w tekście Zdrowe odżywianie jest tanie! Konkretne przykłady. Na co dzień oszczędzam pieniądze, nie zdrowie.

1. PRZYGOTOWUJĘ POSIŁKI SAMODZIELNIE

Jedzenie na mieście zupełnie się nie opłaca. Zwykle, gdy nie wyrobię się ze zrobieniem obiadu, na mieście muszę wydać na niego 10-15 zł. W domu jestem w stanie spokojnie przygotować za tyle posiłek dla dwóch osób. Poza oszczędnością, plusem jest to, że wiem, jakich produktów użyłam, jakie miały składy – po prostu wiem, co jem. Oczywiście raz na jakiś czas jem coś gotowego, pizzę kocham ponad wszystko, ale nie są to jakieś częste wyjścia. A zostając w temacie oszczędzania, jeśli już grzeszę w fast-foodzie, zabieram ze sobą popularne kupony. Sporo oszczędzam na kawie – piję ją codziennie, często dwukrotnie. Sama ją sobie parzę i jest pyszna – żadna filozofia. A jeśli umawiam się z przyjaciółką na kawę, lecimy do mnie albo do niej. Chociaż muszę przyznać, że chcę wybrać się pierwszy raz do jakiegoś Starbucksa, kusi mnie ta jesienna, przereklamowana, dyniowa kawa! Wracając do oszczędzania, kilka dni temu plułam sobie w brodę, że zapomniałam zabrać na uczelnię kanapek. W bufecie za normalną kanapkę trzeba zapłacić co najmniej 3 zł. A tanich drożdżówek nie ma nawet na studiach 😉

2. PLANUJĘ POSIŁKI:

Już wiecie, że sama je przygotowuję (no dobra, czasami wspólnie z moim R.) Na większe zakupy chodzimy raz – dwa razy w tygodniu. Kupujemy wtedy głównie produkty, z których będą składały się nasze obiady. Pewnie dobrze wiecie, jak wyglądają zakupy, gdy sami nie wiemy, czego potrzebujemy. Gdy idę do sklepu bez planu, plączę się między półkami i do koszyka wrzucam produkty, które akurat wpadną mi w oko. Kiedy nie określę wcześniej, co mam kupić, w koszyku ląduje mnóstwo niepotrzebnych rzeczy.

3. ROBIĘ LISTY ZAKUPÓW:

Dobry plan jest potrzebny, żeby zrobić listę zakupów. Kiedy wiem już, co będziemy jeść w ciągu najbliższych kilku dni, zastanawiam się, czego będę potrzebować. Produkty, których nie mam w kuchni, lądują na liście zakupów. Prościzna.

4. PRZED ZAKUPAMI ZAGLĄDAM DO LODÓWKI:

I do szafek kuchennych też. Pewnie to znacie – przechodzicie w sklepie np. obok lodówek z masłem i chociaż wcale nie planowaliście go kupować, wrzucacie go do koszyka, bo nie pamiętacie, czy w kuchni jest jeszcze jedno opakowanie czy już go nie ma. A może tylko ja tak mam 😉 Taki przegląd przed wyjściem do sklepu pomaga uniknąć zirytowania, kiedy podczas rozpakowywania zakupów okaże się, że połowa wydatków była zupełnie zbędna.

5. JESTEM ŁOWCĄ PROMOCJI:

Na telefonie mam dwie świetne aplikacje, dzięki którym nie muszę gromadzić sklepowej makulatury w domu. W wolnych chwilach przeglądam gazetki z ofertami różnych marketów, jeśli coś wpadnie mi w oko, dopisuję to do listy zakupów. Często właśnie wtedy decyduję, co zrobię na obiad następnego dnia – np. jeśli gdzieś jest fajna promocja na kurczaka, wystarczy, że dokupię warzywa, wrzucę wszystko do parowaru, ugotuję ryż i posiłek gotowy. I tańszy o 20% 🙂 Jeśli chodzi o robienie dużych zakupów spożywczych na promocjach, nie zawsze jest to tak świetny pomysł, jak nam się wydaje. Kupowanie dużej ilości przecenionych produktów nie ma sensu, jeśli jest to coś o krótkim terminie ważności. Warto natomiast robić zapasy, gdy jest promocja na kaszę, ryż, wodę – tego typu rzeczy.

6. NIE RZUCAM SIĘ NA BEZMYŚLNIE NA PRODUKTY Z KRÓTKIM TERMINEM WAŻNOŚCI:

Wiele razy popełniłam podobny błąd. Zawsze w marketach rozglądam się za lodówką albo koszem, w którym leżą sobie grzecznie produkty, których termin dobiega końca. Często są to jogurty, serki wiejskie – tego typu rzeczy. Kiedyś żal mi było nie zabrać ze sobą kilku serków, które zamiast trzech złotych kosztują osiemdziesiąt groszy. Niestety, w domu okazywało się, że po drugim opakowaniu straciłam już ochotę na ten smak i albo zjadałam resztę na siłę albo przypominałam sobie o niej, gdy już nie nadawała się do spożycia. Teraz równie chętnie korzystam z tych promocji, ale zamiast czterech produktów wybieram jeden – dwa.

7. NIE UFAM KASJEROM:

Brzmi strasznie, wiem. Tego wrednego nawyku nauczył mnie mój R. Bardzo często po zakupach zerkamy na paragon. Nie mogę się nadziwić, ile razy zapłaciliśmy za jakiś produkt podwójnie albo rabat nie został uwzględniony przy kasie. Oczywiście rozumiem, że w pośpiechu trudno się w tym połapać i kasjerzy nie mają w głowie zakodowanych wszystkich promocji świata, więc nie robię wyrzutów, tylko sprawdzam i odbieram zwrot pieniędzy w punkcie obsługi klienta. Bardzo często! Kilka dni temu zamiast trzech złotych zapłacilibyśmy dziewięć, za pastę do zębów. Po prostu przy kasie nie naliczyło promocji. Gdyby R. nie sprawdził paragonu, bylibyśmy sześć złotych w plecy.

8. BIORĘ UDZIAŁ W KONKURSACH:

Może śmiesznie to brzmi, ale chodzi o konkursy organizowane przez pizzerie, restauracje lub portale służące do zamawiania jedzenia przez Internet. Pochłonęłam już, dzięki nim, kilka darmowych pizz i odwiedziłam restauracje, na które raczej nie mogłabym sobie pozwolić. Najmilej wspominam wygraną walentynkową kolację i restaurację, którą odwiedziliśmy w dniu imienin mojego taty.

9. UŻYWAM EKOTORBY:

Zawsze to jakaś mała oszczędność 🙂

10. GŁODNA NIE WCHODZĘ DO SKLEPU:

Kiedy w sklepie burczy mi w brzuchu, w koszyku ląduje mnóstwo nadprogramowych produktów, na które mam ochotę. Przed zakupami zawsze staram się coś przegryźć.

11. KUPUJĘ SEZONOWE OWOCE I WARZYWA:

Są tańsze i zdrowsze. Po prostu.

12. SPRAWDZAM CENĘ ZA KILOGRAM PRODUKTU:

Coś, co wydaje się być tańsze, może być po prostu mniejsze i w rezultacie, mniej się opłacać. Kilogram popularnych batoników kupowanych w formie małych cukierków, może kosztować nawet 10 zł więcej, niż kilogram batonów. Sprawdziłam!

A jakie są twoje zakupowe triki? Łowco promocji, podzielsię swoimi radami!
CzekoAda na gorąco:
  • Oj przeczytałam i jest ze mną źle 😀 ta kawa miastowa mnie dobija ale jest taka smaczna!!!

    • Czasami warto trochę zaszaleć 😉

  • Wiele z tych rad stosuje w praktyce. Opłaca się 😉

  • często chodzę głodna do sklepu i faktycznie kupuję przez to rzeczy, które nie są mi potrzebne. Jak już jestem na mieście i idę po zakupy to staram się zjeść po drodze jakąś drożdżówę, by nie kupić trzech pączków, batoników itp 🙂