konkurs fotograficzny

Cześć. Mam na imię Adrianna i jestem konkursomaniaczką. Moje uzależnienie zaczęło się, gdy miałam kilka lat. Rodzice wysyłali moje rysunki do redakcji gazet dla dzieci, wspólnie wymyślaliśmy historyjki i rymowanki, robiliśmy kreatywne zdjęcia, rozwiązywaliśmy krzyżówki… Moje hobby dojrzewa razem ze mną – teraz skupiam się na internetowych konkursach kreatywnych i loteriach. Jako rasowa konkursomaniaczka czuję się zobowiązana do naskrobania kilku zdań na temat mojego przypadku. Ale spokojnie, nie będę was przesadnie przekonywać do brania udziału w konkursach – nie chcę przecież robić sobie konkurencji! 😉


„BO TY TO MASZ FARTA”

Aż mnie nosi, gdy słyszę coś w stylu: „Ale ty masz szczęście! Ja to nigdy nic nie wygram”. Zadaję wtedy pytanie, po którym zwykle następuje cisza: „A bierzesz udział w konkursach?”. Nie potrafię zrozumieć osób, które narzekają na to, że nic nie wygrywają, chociaż nigdzie nie wysyłają swoich zgłoszeń. Wygrane przytrafiają mi się bardzo często, ale to nie jest do końca tak, że mam to wszystko za darmo albo po prostu mam farta. Poświęcam na konkursy mnóstwo wolnego czasu (jest to też dla mnie świetny patent na nudny wykład). W konkursy kreatywne wkładam mnóstwo serca – często specjalnie idę w jakieś miejsce, żeby zrobić zdjęcie czy nakręcić filmik. Moja tablica na Facebooku wygląda, jakby ktoś naściągał na nią masę wirusów – jeden wielki spam. Wiem, że niektórym to może przeszkadzać, ale nikomu nie bronię kliknąć przycisku „Przestań obserwować użytkownika Adrianna Fliszewska” – nawet mój brat już to zrobił 😀 Kiedyś usłyszałam od znajomej, że jej to by się nie chciało tyle grać. Zapytała wtedy: „to już nie lepiej sobie coś kupić?”. Według mnie zdecydowanie lepiej coś wygrać 🙂

Często słyszę od znajomych: „Ale masz fajne COŚ” i już nawet nie pytają, skąd to COŚ mam. Są zaskoczeni, gdy słyszą inną odpowiedź niż „wygrałam”. Gdyby nie konkursy, nie miałabym aż tylu fajnych COŚów. Nie należę do osób, które często zmieniają sprzęt i kupują masę gadżetów. Oczywiście, uwielbiam zakupy, ale to dzięki wygranych w konkursach w moje łapki trafiło sporo cennych rzeczy, bez których oczywiście da się przeżyć, ale jednak fajnie jest je mieć. Gdy pomyślę sobie, że np. bardzo chciałabym mieć nowego laptopa, nie zaznajamiam się z ofertą różnych sklepów, nie rozpaczam, że musiałabym zacząć odkładać kasę, tylko wpisuję w wyszukiwarkę hasło „wygraj laptopa”.
Mimo wielu wygranych przedmiotów, najbardziej cieszą mnie jednak nagrody, dzięki którym mam cudowne przeżycia i wspomnienia. Czasami jest to voucher do restauracji, a innym razem – wyjazd na wakacje. W naszym rodzinnym, konkursowym dorobku najbardziej cieszę się z wygranych wycieczek. Nie we wszystkich osobiście brałam udział, ale trochę tego było: rejs do Szwecji, Kreta, Cypr, Paryż, Londyn (x2), Dźwirzyno, Łeba… Gdyby nie udział w konkursach, nie mogłabym pochwalić się takimi wakacyjnymi wojażami! Bardzo cieszą mnie też wygrane bilety na koncerty, do kina, na różnego typu imprezy, no i oczywiście vouchery do restauracji – wygrane jedzenie smakuje najlepiej!

Jak już wspomniałam, nie jestem jedynym przypadkiem w rodzinie, dotkniętym spaczeniem konkursowym. W konkursach fajne jest to, że często znajduję w nich motywację do wyjścia z domu lub zrobienia czegoś fajnego, szalonego. Na przykład kilka miesięcy temu wygłupiałam się z rodzicami przed obiektywem – razem z mamą udawałyśmy kobiety Bonda, czyli… mojego taty! Nasze zdjęcie przeszło przez pierwszy etap, później mama zdobyła najlepszy wynik w teście z wiedzy filmowej i rodzice spędzili dzięki temu wspaniały weekend, zwiedzając Londyn śladami Jamesa Bonda. 

CO WYGRAŁAM W MAJU?
Tak żeby was przekonać, że naprawdę warto próbować szczęścia, wymienię swoje wygrane z tego miesiąca. Najbardziej wartościową nagrodą, którą wywalczyłam w maju był wyjazd do Łeby. Ktoś znów pomyśli: „ta to ma szczęście”. Ok, trochę szczęścia na pewno miałam, ale zwycięzca nie został wylosowany – wybrano odpowiedź konkursową, która najbardziej spodobała się jury. Pytanie konkursowe brzmiało: „Co najbardziej chciałbyś/chciałabyś zobaczyć w Łebie”. Większość osób odpowiedziało, że morze, wydmy, że gofry i lody. Żeby wygrać wystarczyło się wyróżnić, wyjść poza schemat. Napisałam: „W Łebie chciałabym zobaczyć SIEBIE”. No i wygrałam! W tym miesiącu wygrałam także przepiękną lampę w kształcie latającego balonu, podwójne bilety na mass escape – ucieczkę z hali Azoty Arena, bilety do kina, voucher na spływ kajakowy po szczecińskiej Wenecji i dwie książki… Poniekąd udało mi się także wygrać brafitting – podesłałam mamie konkurs, jej odpowiedź spodobała się jury i zgarnęła dla nas wizytę w Triumphie. Jak na jeden miesiąc to chyba całkiem niezły wynik! Czy warto brać udział w konkursach? Sami zdecydujcie! 🙂

CzekoAda na gorąco: